Dystans i ambicja
Oj, dostało mi się pod własnym wpisem internetowym, że my, "starzy", tylko niezadowolenie i krytykę ze sobą w kuchni dźwigamy. Post dotyczył mało zabawnej kopii internetowej maniery nagrywania filmików kulinarnych ukazujących rzucanie łyżką w talerz, stękanie, niedowierzanie, wznoszenia oczu ku górze: "Rany boskie, ale pomidorowa!".
Od kilku lat lubię i bawi mnie ten format pokazywania przepisów u jednego wybitnego brytyjskiego szefa kuchni. Klony niekoniecznie. Jestem niestety świadoma tego, że opowieść o kuchni, przepisach skróciła się z rozbudowanej, wyczerpującej formuły do viralowych, ledwie minutowych, obrazkowych prezentacji. Choć nie brak wyjątków. Uwielbiany od lat Robert Makłowicz i dziś cieszy się gigantyczną popularnością wśród młodych ludzi. Zagadką jest tylko fakt, jak wielu z nich potrafi wysłuchać rozbudowanych gawęd i historii o jedzeniu, za które pokochały go wcześniejsze pokolenia. Czy jest "tylko" viralowym memem z kapitalnym dystansem do siebie.
Nie określiłabym mojej postawy jako krytycznej i niezadowolonej. W przeglądaniu mediów społecznościowych dość często wystarcza mi taka skondensowana prezentacja, bo z niej wydobędę połączenia składników, kolejność wykonania czynności, triki. U tych bardziej utytułowanych podejrzę sprzęt, technikę, na przykład mieszania, lub konsystencję ubijania na jednym z etapów. Z takich filmików zabrałam gniecione na płasko gotowane ziemniaki i z ogromnym sukcesem wkomponowałam je w danie ze śledziem. Przy moim stażu i zdobytej wiedzy taki klip mi wystarczy, ale przy całej masie przepisów uwielbiam tę drobiazgowość i wyjaśnienie, dlaczego pani Grażyna od dwudziestu lat wypieka pierniki w niskiej temperaturze.
Wspominałam już nie raz, że gigantyczną popularnością cieszą się w Internecie klasyczne, stare przepisy polskiej kuchni. Reagują na nie w komentarzach najczęściej osoby gotujące, dojrzalsze wiekiem, mające genialne doświadczenie i praktyczną wiedzę, bo regularnie robią coś w ten właśnie sposób. One po prostu "wolą inaczej". Chłonę ich uwagi, analizę temperatury wody i rodzaju mąki w cieście pierogowym, gatunki mięs w rosole, obróbkę śledzia albo dodatki do barszczu ukraińskiego.
Te sprowokowane wpisem uwagi można uznać za krytykę podanego przepisu lub za fenomenalne podzielenie się praktyczną wiedzą. Przypomnę wszystkim typową scenkę rodzajową, czyli zapytanie babci, jak robi tak genialne ciasto drożdżowe lub chleb. Otóż bierze to i tamto "na oko".
Przepisów na klasyki szukam częściej u (wybaczcie) starszych szefów niż u młodych, bo wiem, że Andrzej Polan lub Magda Gessler piekli przepiękną gęś. Na równi interesuje mnie też przepis Koła Gospodyń wiejskich z Limanowej. U młodszego pokolenia chciałabym natomiast zobaczyć odkrywcze dodatki, powalające połączenia i na przykład genialny sos.
Po to zaglądam do menu młodszych szefów kuchni, analizując talerze, aby wzbogacić własne doświadczenia. Ciągle mam nadzieję, że i te pokolenia odkryją nowe, dopowiedzą coś do tego wszystkiego, co rzekomo już było. Liczę, że ich ambicją nie będzie tylko kopiowanie, wzdychanie, wtórność i nuda. I u wielu rzeczywiście tak właśnie jest.
My, trochę starsi, mamy w sobie tolerancję, doświadczenie, przemyślenia, dystans oraz świadomość czasu i miejsca. Wszystko to rozwija się w człowieku naturalnie. To również wpływa zarówno na nasze reakcje czy postawy, jak i styl prowadzenia własnej kuchni i tego, co gotujemy, co wybraliśmy i co nadal daje nam satysfakcję z pracy.
Chciałabym powiedzieć młodszym kolegom, że wszyscy mamy od lat podobne etapy "kariery gastronomicznej". Część z nas ma już za sobą zmagania z hotelowym serwisem, szefowaniem i walką o wyróżnienia. Doszli do nowych wyzwań, którymi może być choćby wielki uśmiech z gościnnością na sali, wymyślanie obiadów na uboczu, wydawanie wybitnej zupy rybnej w określony dzień. Nadal śledzimy trendy, bo przez całe życie kuchnia jest naszą pasją, a nie tylko zawodem zdobytym przypadkowo. Gwarantuję to w imieniu wszystkich tych, których może dziś nie widać na postumencie, ale którzy świadomie go zwolnili dla następców. Tylko, proszę, nie dziwcie się, że wzdychamy przy kolejnym zielonym oleju na talerzu lub liściu wyciętym z szablonu, bo fenomen ten towarzyszy nam zbyt długo. Niech sobie wzbogaca wygląd talerza, ale niech ma też walor smakowy - uzasadnia świeżością wybranych ziół i sensowność zalania nim kompozycji.
Marudzimy na słabo wykonaną wtórność i cofanie się w jakości dań, produktów, obsługi i serwisu. Nie lubimy wycinków wiedzy, splendoru za niewiele i klikalności. Denerwujemy się trochę, gdy o kuchni opowiada i ją kreuje w blasku fleszy ten, kto niewiele spędził w niej czasu. I zapewniam, że oprócz tego jesteśmy świadomi następowania tych zmian.
Mamy dystans do tego, co robimy, korona na naszej głowie też potrafi się przekrzywić i pokryć mchem w szafie. Mamy też swoje ambicje - choćby wyjątkowo nakarmić tych, co specjalnie jedzenia nie cenią, przekonać z sukcesem nastolatka do śledzia, wygenerować najlepszą panna cottę w województwie.
Życzę nam wszystkim w 2026 roku sukcesów i ambicji zgodnej z własnymi potrzebami. Świadomości: miejsca, czasu, wieku, możliwości i odbiorców. Szacunku do osiągnięć zawodowych, tych małych i dużych. Dystansu do krytyki, rozsądku w ocenianiu, przyjemności i sensu z pracy wykonywanej na jakimkolwiek własnym poziomie. I aby gości, którzy to docenią, było wystarczająco dużo.
autor: Agata Wojda, szef kuchni w bistro Ferment Dom Sadyba w Warszawie