Menedżer hotelu: między Excelem a emocjami

Menedżer hotelu: między Excelem a emocjami

W hotelarstwie długo lubiliśmy wierzyć, że dobrze zarządzany obiekt to taki, w którym zgadzają się liczby. Obłożenie, ADR (Average Daily Rate - średnia cena sprzedanego pokoju), RevPAR (Revenue per Available Room - przychód na dostępny pokój), food cost, koszt pracowników, rentowność eventów, średni rachunek w restauracji, koszt pralni, marża na konferencjach, sprzedaż dodatkowa. Excel dawał poczucie kontroli. Jeśli komórki w arkuszu świeciły się na zielono, można było uznać, że hotel jest prowadzony dobrze.

Hotel nie jest arkuszem kalkulacyjnym

Hotel to organizm, który pracuje 24 godziny na dobę. Składa się z ludzi, napięć, zmęczenia, ambicji, konfliktów, niedopowiedzeń, emocji gości, presji właściciela, oczekiwań rynku i codziennych decyzji często podejmowanych w biegu. Liczby pokazują wynik, ale rzadko całą prawdę o tym, dlaczego ten wynik powstał.

Za spadkiem sprzedaży w restauracji może stać nie tylko słabsze menu, ale zdemotywowany kelner, za wzrostem reklamacji - nie tylko błąd operacyjny, ale przemęczony zespół recepcji, a za rotacją pracowników nie wysokość wynagrodzenia, ale styl zarządzania, brak rozmowy, chaos w grafiku albo poczucie, że nikt nie widzi wysiłku.

Menedżer hotelu stoi dziś między arkuszem a emocjami. Musi rozumieć liczby, ale nie może zarządzać wyłącznie przez ich pryzmat. Musi pilnować kosztów, ale nie może traktować ludzi jak kosztu. Powinien wymagać jakości, ale nie może zapominać, że jakość tworzą osoby, które często pracują w weekendy, święta, wieczory i pod presją natychmiastowej reakcji. To jedna z najważniejszych zmian w zarządzaniu hotelarstwem: dziś nie zarządza się obiektem, ale energią ludzi, którzy ten obiekt codziennie ożywiają.

Excel jest potrzebny. Problem zaczyna się wtedy, gdy staje się jedynym językiem zarządzania

Nie chodzi o to, żeby przeciwstawiać liczby ludziom. To byłoby naiwne. Hotel musi zarabiać. Restauracja musi kontrolować koszty. Event musi mieć marżę. Grafik musi być racjonalny, a zakupy dopilnowane. Bez twardych danych menedżer bardzo szybko zaczyna kierować się intuicją, a ta w biznesie bywa kosztowna.

Excel jest potrzebny, bo porządkuje rzeczywistość. Pokazuje trendy, odchylenia, sezonowość, rentowność i skalę problemów. Pomaga zobaczyć to, czego nie widać w codziennym biegu. Dobry menedżer powinien znać liczby i umieć je interpretować.

Liczby nie zastępują przywództwa - pokazują objaw, nie zawsze przyczynę

Jeśli w hotelowej restauracji spada sprzedaż deserów, arkusz pokaże spadek. Ale nie odpowie na pytanie, czy kelnerzy przestali je rekomendować, bo nie mieli degustacji. Jeśli rośnie liczba błędów w rezerwacjach, raport pokaże problem. Nie powie jednak, że recepcjonistka od trzech tygodni pracuje w napięciu, bo grafik jest niestabilny, a nowa osoba nie została dobrze wdrożona. Jeśli food cost wymyka się spod kontroli, tabela ukaże procent, nie informując, że kuchnia nie ufa sprzedaży, sprzedaż nie rozumie kuchni, a menu eventowe jest obiecywane klientom bez konsultacji operacyjnej.

Zarządzanie hotelem wymaga dwóch kompetencji: analitycznej i ludzkiej. Menedżer musi widzieć wynik, ale musi też umieć zejść pod powierzchnię wyniku.

Gość nie ocenia struktury organizacyjnej, ale energię zespołu

Gościa nie interesuje, że kuchnia miała za mało ludzi, recepcja trudną zmianę, a housekeeping walczył z rotacją. Gość widzi efekt: czuje atmosferę, ocenia tempo reakcji, ton głosu, uważność, spójność obsługi i to, czy ktoś naprawdę przejął się jego sprawą.

W hotelarstwie emocje zespołu bardzo szybko przechodzą na doświadczenie gościa. Zmęczony, przeciążony, niedoinformowany pracownik nie będzie ambasadorem jakości. Może wykonać procedurę, ale nie zbuduje gościnności. Może przyjąć reklamację, ale bez prawdziwego zaangażowania, lub podać danie bez dumy z miejsca, które reprezentuje.

I odwrotnie: zespół, który czuje sens, ma jasne zasady, wie, kto podejmuje decyzje, rozumie standard i ma wsparcie przełożonego, daje gościowi zupełnie inne doświadczenie. Taki zespół szybciej reaguje, lepiej sprzedaje, mniej się boi, chętniej bierze odpowiedzialność.

Menedżer hotelu nie zarządza więc wyłącznie pokojami, salami konferencyjnymi i restauracją. Zarządza stanem gotowości ludzi do dawania dobrej obsługi. To brzmi miękko, ale ma twarde konsekwencje finansowe.

Najdroższy chaos to ten, który wygląda jak codzienność

W hotelu wiele problemów nie pojawia się nagle. One narastają. Najpierw ktoś czegoś nie dopowie, potem ktoś nie przekaże informacji, później kelner dowiaduje się o zmianie w menu od gościa. Recepcja nie wie, że sala konferencyjna jest przygotowana inaczej, kuchnia dostaje inną liczbę osób niż ta, którą ma dział sprzedaży, housekeeping nie ma informacji o wcześniejszym check-inie, a menedżer gasi pożary, zamiast prowadzić zespół.

Z zewnątrz hotel działa - goście przyjeżdżają, eventy się odbywają, restauracja wydaje dania, ale wewnątrz organizacji rośnie zmęczenie i frustracja. Ludzie zaczynają mówić: "u nas zawsze tak jest", "nikt nam nie powiedział", "znowu wszystko na ostatnią chwilę", "niech oni się zdecydują". Zdanie: "u nas zawsze tak jest" powinno zapalić menedżerowi czerwoną lampkę. Bo oznacza, że chaos został zaakceptowany jako norma. A zaakceptowany chaos kosztuje: nadgodziny, błędy, reklamacje, nerwy, rotację i utracone przychody. Kosztuje też zaufanie pracowników do zarządzania. Gdy ludzie widzą, że te same problemy powtarzają się miesiącami, przestają wierzyć, że cokolwiek się zmieni. Wtedy nie walczą już o jakość, wchodzą w tryb "przetrwać zmianę". Rolą menedżera jest wyłapywać chaos, zanim stanie się kulturą organizacyjną.

Ludzie nie odchodzą wyłącznie dla pieniędzy. Często odchodzą od sposobu zarządzania

W branży hotelarskiej chętnie tłumaczymy rotację rynkiem pracy. Mówimy: "młodzi nie chcą pracować", "ludzie nie są lojalni", "każdy chce więcej pieniędzy", "nie ma pracowników". Oczywiście wynagrodzenie, grafik, warunki pracy mają znaczenie. Nie wszystko rozbija się wyłącznie o pieniądze.

Pracownicy odchodzą także wtedy, gdy nie czują szacunku, nie mają wpływu, nikt ich nie wdraża, a także wtedy, gdy słyszą pretensje zamiast informacji zwrotnej, przełożony interesuje się nimi dopiero wtedy, gdy popełnią błąd, dobrym pracownikom dokładane są kolejne obowiązki, a słabym ciągle się pobłaża, standardy istnieją tylko na papierze, menedżer mówi o zespole, ale zarządza strachem. Hotelarstwo jest branżą opartą na relacjach. Nie da się budować ich z gościem, niszcząc te w zespole.

Dobry menedżer nie musi być terapeutą, który rozwiązuje osobiste problemy pracowników, ale powinien rozumieć, że sposób komunikacji, sprawiedliwość, przewidywalność i konsekwencja mają ogromny wpływ na jakość pracy.

Zespół naprawdę potrafi zaakceptować wymagającego menedżera. Trudniej akceptuje niesprawiedliwego, chaotycznego albo emocjonalnie nieprzewidywalnego.

Miękkie zarządzanie nie oznacza pobłażliwości

Wielu menedżerów boi się języka emocji, bo myli go z brakiem dyscypliny. Tymczasem nowoczesne zarządzanie ludźmi nie polega na tym, żeby wszystkim było miło. Polega na tym, żeby ludzie wiedzieli, czego się od nich oczekuje, i jakie są konsekwencje ich działań.

Empatia bez wymagań prowadzi do rozmycia odpowiedzialności. Wymagania bez empatii do oporu i wypalenia. Hotel potrzebuje jednego i drugiego.

Menedżer powinien umieć powiedzieć: "rozumiem, że ta zmiana była trudna, ale standard musi zostać utrzymany". Powinien umieć zapytać: "czego potrzebujesz, żeby wykonać to dobrze?", ale też jasno postawić granicę: "nie możemy kolejny raz dopuścić do tej samej sytuacji". Powinien zauważać zmęczenie, ale nie akceptować bylejakości. Powinien wspierać, ale nie wyręczać.

Standardy są po to, żeby ludzie mieli się czego trzymać

W hotelu bardzo dużo mówi się o standardach: meldunku, obsługi śniadania, przygotowania sali, reklamacji, wydania dania, sprzątania pokoju. W wielu obiektach standard jest dokumentem, a nie codzienną praktyką. Leży w segregatorze, pojawia się na szkoleniu, a potem znika pod naporem bieżących zadań.

Tymczasem standard nie jest po to, żeby kontrolować ludzi, a po to, żeby dawać im bezpieczeństwo. Pracownik, który wie, jak zareagować, mniej się boi. Pracownik, który wie, gdzie kończy się jego decyzyjność, a zaczyna rola menedżera, działa szybciej. Mając jasny wzorzec jakości, nie trzeba zgadywać, czego oczekuje przełożony. Brak standardów nie daje wolności, tylko chaos, który obciąża najlepszych pracowników, bo to oni zwykle próbują ratować sytuację.

Dlatego menedżer powinien tworzyć standardy razem z zespołem, wdrażać je praktycznie i regularnie do nich wracać. Nie po to, żeby "odhaczyć procedury", ale żeby budować powtarzalność doświadczenia gościa.

Najważniejszym narzędziem menedżera nie jest raport, tylko rozmowa

Raport pokaże, co się wydarzyło. Rozmowa pomaga zrozumieć, dlaczego. W hotelu, który działa 24/7, rozmowa jest jednym z najważniejszych narzędzi zarządzania. Krótka odprawa przed zmianą, podsumowanie po evencie, informowanie o reklamacji bez szukania winnego, szybki feedback po trudnej sytuacji. Pytanie: "co możemy zrobić lepiej następnym razem?".

Menedżer, który nie rozmawia z zespołem, zaczyna zarządzać domysłami. A domysły w hotelu są niebezpieczne. Pracownicy dopowiadają sobie intencje, tworząc podziały. Napięcia schodzą do szatni, na zaplecze, do kuchni i na komunikatory. Problemy, które można było rozwiązać w pięć minut, zaczynają żyć własnym życiem.

Rozmowa nie musi być długa, ale konkretna, uczciwa i regularna. Najgorsze, co może zrobić menedżer, to rozmawiać z ludźmi wyłącznie wtedy, gdy coś poszło źle. Wtedy rozmowa kojarzy się z karą. A przecież feedback powinien być także narzędziem wzmacniania tego, co działa.

Menedżer jako tłumacz między właścicielem, gościem i zespołem

Menedżer hotelu jest dziś w trudnej pozycji. Z jednej strony ma oczekiwania właściciela: wynik, koszty, sprzedaż, rentowność. Z drugiej strony gościa, który chce natychmiastowej reakcji, personalizacji i wysokiej jakości. Z trzeciej strony zespół, który potrzebuje jasności, wsparcia, sprawiedliwości i poczucia sensu.

To wymaga ogromnej dojrzałości. Menedżer musi tłumaczyć liczby ludziom, a emocje przekładać na decyzje biznesowe. Musi umieć powiedzieć zespołowi, dlaczego kontrola kosztów jest ważna, ale też umieć powiedzieć właścicielowi, że ciągłe cięcie obsady może obniżyć jakość i wygenerować większe straty niż oszczędności. W dobrym zarządzaniu nie chodzi o to, żeby zawsze wybierać między człowiekiem a wynikiem. Chodzi o to, żeby rozumieć, że jedno wpływa na drugie.

Zadowolony zespół nie jest gwarancją zysku. Ale zespół zdemotywowany, przeciążony i źle prowadzony niemal zawsze zaczyna ten zysk podgryzać.

Hotel przyszłości będzie zarządzany przez liderów

Branża hotelarska potrzebuje dziś menedżerów, którzy potrafią więcej niż układać grafik i analizować raport. Potrzebuje liderów, którzy rozumieją operację, ale widzą człowieka, wymagają, ale umieją słuchać. Znają liczby, ale nie chowają się za nimi. Wiedzą, że gościnność zaczyna się nie na recepcji, ale dużo wcześniej: w kulturze pracy, jaką tworzy się za kulisami. Widać ją w tonie głosu recepcjonisty, sposobie, w jaki kelner podchodzi do stolika, reakcji na reklamację, czystości sali oraz tempie uzupełnienia bufetu.

Excel pokaże, czy hotel zarabia. Ale to ludzie sprawią, że gość będzie miał do czego wracać. Dlatego menedżer hotelu przyszłości nie może być wyłącznie administratorem obiektu. Musi być liderem systemu, w którym liczby i emocje nie są przeciwnikami, lecz dwiema stronami tej samej odpowiedzialności. W hotelarstwie wynik finansowy zaczyna się znacznie wcześniej niż w raporcie. Zaczyna się w zespole.

autor: Agnieszka Kamion, dyrektor zarządzająca The Amber Business & SPA Hotel Conference Center w Oleśnicy, twórca Podcastu Serwowane Rozmowy, Business & Life Coach